Nowa tyrania u bram

Z prof. Carlosem Ruizem Miguelem, kierownikiem Katedry Prawa Konstytucyjnego na Uniwersytecie Santiago de Compostela w Hiszpanii, rozmawia Beata Falkowska

Panie Profesorze, podziela Pan diagnozę, że pandemia koronawirusa uderzy w ideologię globalizacji? Możemy oczekiwać bardziej suwerennej polityki państw, wzmocnienia gospodarek narodowych?

– To prawda, że nastąpiło uderzenie w globalizację. Jest dla mnie jasne, że globalizacja, jaką znaliśmy, umarła. Rządzące elity nagle odkryły, że popularny offshoring, czyli przenoszenie produkcji i usług za granicę, to nie tylko opcja ekonomiczna, ale ma ona też implikacje polityczne. Europa, która w tej strategii przodowała (nawet bardziej niż USA), teraz zdaje sobie sprawę, że produkcja dóbr kluczowych dla walki z pandemią zależy od państw spoza Europy, które mogą popaść w kryzys lub przerwać dostawy z powodów politycznych. Ten szok sprawia, że teraz offshoring będzie odbywać się tylko wśród państw będących w „sojuszu”.

Nie sądzę jednak, żeby taki koniec globalizacji musiał spowodować powrót polityki osadzonej jedynie na poziomie narodowym. Nasze gospodarki nie są już w stanie funkcjonować samodzielnie wyłącznie na tym szczeblu. Pomyślmy choćby tylko o zaopatrzeniu w dobra tak obecnie istotne jak komputery. Myślę, że państwa narodowe będą się grupować w przestrzenie, które będą odpowiadać ich narodowych charakterom, a nie tylko należeć do jakiejś „wielkiej przestrzeni”, bez względu na jej podstawowe cechy.

Czy to oznacza redefinicję koncepcji państwa i jego zadań?

– Myślę, że może tak się stać. Sądzę, że państwo, nawet powiązane z „wielką przestrzenią”, jeśli chce przetrwać, musi skoncentrować się na swoich tradycyjnych (to jest pierwotnych) zadaniach, pozostawiając cały ogrom nowych funkcji, które obciążają budżet i blokują wypełnianie najważniejszych obowiązków. Państwo nie powinno pełnić kosztownej roli „wychowawcy” obywateli zgodnie z zasadami nowej „moralności”, odmiennej niż zakorzeniona w narodowej tradycji.

W jakimś stopniu uda się powrócić do realizmu gospodarczego, poszanowania tradycyjnych funkcji ekonomii, która obecnie służy korporacjom i wielkim graczom?

– To jest moment wielkiego wyboru. Arogancka ekonomia wirtualna nie przetrwa, gdy zapadnie się gospodarka rzeczywista. Przed kryzysem wywołanym pandemią wszystko było na odwrót: realna gospodarka została podporządkowana majaczeniu o gospodarce „wirtualnej”. Realny, nie wirtualny problem, jakim jest biologiczna pandemia, spowodował, że to się rozpadło. Wciąż są pewne wirtualne usługi, które dostarczają „rozrywkę” ludziom pozbawionym wolności i zamkniętym w swoich domach. Jak długo to potrwa? Będziemy się mierzyć z poważnymi, realnymi problemami, których nie rozwiąże produkcja Netflixa. Daje to szansę na zorganizowanie gospodarki w sposób racjonalny. Jeżeli kraj chce przeżyć, musi zostać przywrócona hierarchia w gospodarce. W ekonomii, tak jak w polityce, nie każda kwestia jest równie ważna. Dlatego nie każda kwestia polityczna, gospodarcza, społeczna czy kulturowa znajduje swój wyraz w konstytucji, fundamentalnym prawie narodu. Gospodarka, jeśli chce stawić opór kryzysowi, też musi być zbudowana w sposób racjonalnie hierarchiczny. Producent kukurydzy nie może być uważany za mniej ważnego od maklera na giełdzie.

Prezydent Donald Trump wycofał się z finansowania Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czas po pandemii może przynieść kształtowanie się nowych autorytetów, struktur, a upadek starych?

– Zarządzanie pandemią obnażyło naiwność tych, którzy mówili, że międzynarodowe organizacje są same w sobie takie dobre. Przyszedł czas, żeby powiedzieć, że proces selekcji do obsadzania urzędów w ciałach międzynarodowych jest daleki od satysfakcjonującego. W przeciwieństwie do władz państw narodowych, których siła jest zrównoważona przez odpowiedzialność sądową, reprezentację parlamentarną i sam naród, urzędnicy międzynarodowi cieszą się szeroką władzą, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Jeśli chodzi o WHO, to mamy poważną debatę o możliwym współdziałaniu organów zarządzających tą organizacją z władzami chińskimi. Jakkolwiek się to skończy, urzędnicy międzynarodowi są zazwyczaj chronieni szerszą nietykalnością. To pokazuje, że ramy, w jakich działają międzynarodowe organizacje, powinny zostać przekształcone tak, żeby podlegały one w pełni odpowiedzialności.

Ta sytuacja może jednak także zmierzać do rozrostu kontroli władz nad społeczeństwem i zarządzania strachem.

– To realne zagrożenie w tej nowej sytuacji. Strategia władzy jest jasna: stara się wymienić bezpieczeństwo w zamian za wolność. Jednakże nikt na tym świecie nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa. Jedną z fantazji nowoczesnego świata jest stworzenie „raju” na ziemi. W świecie tradycyjnym istniało napięcie między „niebezpiecznym” życiem na ziemi i niczym niezmąconym życiem wiecznym po śmierci. Ideologia nowoczesności, która usiłowała wydrzeć społeczeństwu religię, miała oferować bezpieczeństwo, które religia proponowała w życiu pozagrobowym. Im bardziej społeczeństwo było postępowe i nowoczesne, tym więcej posiadało ubezpieczeń w każdym aspekcie życia.

Fantazja o bezpieczeństwie na tym świecie osiągała szczyty, gdy w zachodnie zdechrystianizowane społeczeństwo uderzył koronawirus. Zamiast po prostu przyjąć, że życie na ziemi musi być niebezpieczne, wielu gotowych jest poświęcić wolność, najbardziej wyrazistą cechę człowieczeństwa, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Kiedy zaś ktoś ośmiela się przekraczać zakazy i usiłuje korzystać ze swojej wolności, spotyka się z potępieniem i karą. Efektem tego będzie nieludzkie życie.

Z drugiej strony pandemia wymusza powrót do małych, lokalnych społeczności. Stwarza to nowe możliwości wzmocnienia rodzin, prawdziwie społecznych organizacji, a nie tylko uzależnionych finansowo od wielkich korporacji?

– To częściowo prawda. To prawda, że zapaść globalizacji wymusza powrót do małej, nawet lokalnej polityki, ekonomii, przestrzeni społecznych i wspólnot. Jednak istnieje bardzo poważne ryzyko, że deglobalizacja może zostać użyta przez potęgi do utrzymania ludzi w izolacji. Nową strategią potęg może być skrajna izolacja spowodowana paniką przed zarażeniem, co ośmielam się nazwać planem szatańskim. Dobrze zorganizowane społeczeństwo na pewno opiera się na rodzinie i więziach lokalnych. Ale jeśli w erze, która nastąpi po pandemii, ma nam zostać narzucona tyrania, to będzie ona próbować niszczyć wszelkie społeczne więzi, nawet rodzinne. Ludzie starsi będą mogli być kierowani do izolacji na podstawie ich szczególnej podatności na wirusa, młodzi będą cierpieć z powodu restrykcji utrzymywania dystansu.

Możemy spodziewać się potężnego kolapsu demograficznego. Co jeszcze nas czeka?

– Jak mówiłem, władcy tego świata muszą zniszczyć społeczne, realne więzi, by wzmocnić swoją siłę. Im więcej więzi społecznych jest wirtualnych, tym trudniejszy jest opór ze strony wolnej istoty ludzkiej i łatwiejsza kontrola władzy nad ludźmi. Zastąpienie fizycznych relacji przez wirtualne w połączeniu z urządzeniami pozwalającymi na lokalizację powoduje, że trudno będzie przeciwstawić się tyranii. Strategia kontroli elektronicznej może być jeszcze wzmocniona przez wprowadzenie bionadzoru nad ludźmi w celu pozbawienia ich wolności. Jest realne ryzyko nowego rodzaju tyranii opartej na biologii i urządzeniach elektronicznych: urzeczywistnienie koszmarów Huxleya i Orwella.

Wszyscy widzimy, że Unia Europejska zupełnie nie poradziła sobie z pandemią. Ale czy wpłynie to rzeczywiście na kryzys Unii i zapoczątkowanie uwalniania się państw z jej ucisku?

– Unia Europejska jest jednym z najlepszych przykładów niepodlegania odpowiedzialności. Nietykalność, która chroni wysokich unijnych urzędników (Komisji Europejskiej, TSUE, Parlamentu Europejskiego), pozwala im unikać odpowiedzialności przed narodami i państwami Unii. W wielu sytuacjach związanych z koronawirusem UE pokazała, że nie jest w stanie działać jako jedność. Nie chodzi tylko o tzw. koronaobligacje, ale też o zamknięcie granic UE dla towarów napływających z Chin albo innych krajów będących na początku centrami pandemii. To skandal, że dostawy sprzętu medycznego w wielu państwach UE pochodzą z Chin, gdyż UE nie stworzyła systemu, by je zapewnić itd. Nie ma nawet skoordynowanej polityki przemysłowo-handlowej w tym trudnym czasie. Skandalicznie wysokie zarobki urzędników unijnych okazały się zawyżone w stosunku do ich osiągnięć.

Konkluzja jest absolutnie jasna: UE w obecnej formie zawiodła. Jeśli chce się odrodzić, musi zostać inaczej ukształtowana. Ale liderzy francusko-niemieckiej osi nie zwołali nawet konferencji o przyszłości UE. Wygląda na to, że odpowiada im obecny system. Jeśli tak jest w istocie, to dla UE nie ma nadziei.

To moment na zdystansowanie się prawicowych rządów wobec UE?

– Tak sądzę. Nigdy nie będzie takiej okazji jak teraz, żeby to zrobić. Nawet jeśli nie chcą opuszczać UE, tak jak to zrobiła Wielka Brytania, nadszedł czas dla państw-dysydentów (mam tu w szczególności na myśli Grupę Wyszehradzką), by nie tylko stawiać opór polityce Brukseli, ale też proponować alternatywę. Kryzys daje okazję pokazania, że są inne sposoby zorganizowania się Unii, że państwa europejskie mogą wdrażać zupełnie inną politykę. Kogo teraz obchodzi dwutlenek węgla? Niektóre państwa europejskie, jak Hiszpania, kupują energię elektryczną wyprodukowaną w Maroku ze spalania węgla, gdyż UE zabrania swoim członkom robić tego samego u siebie. Ale Unia nie ma nic przeciwko kupowaniu produktów z Chin, nawet gdy są wytwarzane z energii pochodzącej z węgla.

Na co obecnie powinny zwrócić uwagę konserwatywne władze, aby polityka i gospodarka stały się bardziej ludzkie?

– Ten kryzys pokazuje, że same środki analizy ekonomicznej są najgorszą strategią. Ekonomia nie może przyćmiewać polityki i etyki. A więc nadszedł czas pojednania ekonomii z polityką i etyką. Byłoby to najlepszą inwestycją długoterminową. Wyzwanie jest ogromne: czy możemy zmierzyć się z kryzysem, ograniczając wolność, według modelu chińskiego, czy też jesteśmy w stanie przezwyciężyć tę trudność, zachowując to, co najlepsze w naszej kulturze i tradycji? Nie ma wątpliwości, że gospodarka poniesie ogromne straty, dobrobyt ludności zostanie poważnie uszczuplony. Czas zatem organizować politykę i gospodarkę w ludzki sposób, by przepaść między dochodami nie dochodziła do poziomu, który jest niemoralny, o ile chcemy, by wszyscy ludzie razem stawiali czoła nadchodzącym wyzwaniom.

W niezależną politykę wpisane są większe koszty, odpowiedzialność, prawdopodobne reperkusje ze strony UE. W Europie mamy polityków, którzy są zdolni ponieść to ryzyko?

– Dochodzimy do czasów, gdy to nie będzie decyzja ryzykowna, ale najmądrzejsza. Każda polityka wdrażana w najbliższej przyszłości będzie musiała brać pod uwagę koszt kryzysu wywołanego pandemią. Handel osłabnie, wiele produktów i usług zdewaluuje się na rynku, gdyż nie będzie zainteresowania konsumpcją pewnych dóbr: jaki jest pożytek z samochodu, gdy nie ma swobody podróżowania? Wiele sektorów gospodarki wygeneruje wysoki wskaźnik bezrobocia i zajdzie potrzeba reorganizacji strategii ekonomicznej, by zmniejszyć ubóstwo i bezrobocie. W tej sytuacji żadna decyzja nie pozostanie bez kosztów.

A więc nadszedł najwyższy czas na nową politykę opartą na wolności. Ten czas w dłuższej perspektywie może zrodzić nowych liderów, mężów stanu? Pandemia przyniesie koniec obecnej skrajnej alienacji klasy politycznej?

– Są argumenty za i przeciw takiemu scenariuszowi. Będzie naprawdę ciekawe, jak to się skończy. Z jednej strony im więcej ludzi jest zmuszanych do izolacji, tym bardziej muszą się łączyć z innymi drogą elektroniczną, cyfrową, czyli wirtualnie. Myślę, że takie odosobnienie nie przyniesie niczego dobrego, ponieważ człowiek jest istotą społeczną. Kontrola sieci jest realnym zagrożeniem wolności debaty i dyskusji, nie wspominając o ewentualnej ingerencji obcych państw. Ale z drugiej strony, rzeczywistość śmierci, zwielokrotniona przez pandemię, prowokuje wstrząs w konfrontacji z aseptycznym cyfrowym światem. Nie jest to dobry scenariusz dla lidera wyprodukowanego w laboratorium. Zarządzanie w świecie rzeczywistym wymaga rzeczywistego lidera, nie sfabrykowanego.

Jaką lekcję powinno odrobić społeczeństwo, które chce wyjść z okresu pandemii wzmocnione, a przynajmniej nieosłabione?

– Będzie musiało zrozumieć, że wolność jest najcenniejszą własnością istoty ludzkiej. My, katolicy, wiemy, że Bóg stworzył człowieka wolnym, co jest podstawą uznania istoty ludzkiej za najwyższe stworzenie na ziemi, ale ten najwyższy status oznacza też wielki ciężar, bo to człowiek ma wygrać swoje zbawienie lub potępienie. Lecz społeczeństwo, które usunęło Boga, uwierzyło, że złe używanie wolności nic nie kosztuje. Może to jest koniec nowoczesności jako procesu, w którym człowiek próbował ukształtować społeczeństwo wręcz w opozycji do katolicyzmu i jego etyki.

Na co my, katolicy, powinniśmy zwrócić uwagę, by tworzyć nowe, bardziej ludzkie struktury tego świata?

– Kościół katolicki jest jedyną strukturą, która może powstrzymać ryzyko nowej tyranii. Wiara katolicka opiera się na naturalnych więziach społecznych, na związkach takich jak małżeństwo, rodzina, parafia (społeczność lokalna), diecezja, ojczyzna i Kościół powszechny. Wszystkie te więzi opierają się na relacjach fizycznych. Głęboko niepokoi, że Kościół w czasie pandemii zachęcał do zamykania kościołów i zastępowania fizycznej obecności wiernych podczas celebracji przez ich elektroniczną reprezentację. Kościół katolicki musi ponieść flagę „fizyczną” przeciw „wirtualnej”. Projekt wirtualizacji ludzkiego życia przypomina ideologię transhumanizmu. Ale wzgardzenie tym, co ludzkie, jest świętokradztwem, ponieważ człowieczeństwo zostało przebóstwione przez samego Chrystusa.

Dziękuję za rozmowę.
Beata Falkowska

źródło: Nasz Dziennik


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *